poniedziałek, 23 lipca 2012

III

Esme

   Od tego feralnego dnia mija już tydzień. Tydzień smutku, bólu i żalu. Tydzień dłużący się w nieskończoność. A on nadal nie daje znaku życia. Dlaczego to wszystko jest takie trudne? Dlaczego nikt nigdy nie ma odwagi powiedzieć drugiej osobie wprost, co czuje?
    Do dziś nie wiem, kim jest Bella i co zrobił Edward w związku z jego kolorem oczu. Jedno jest pewne - dzieje się z nim coś złego i musimy mu pomóc.
    Nagle rozległ się głos zbliżony do dźwięku kryształowych dzwoneczków.
- Witaj, mamo!Jak ci minął dzień? - to moja kochana Alice! Tylko jej nie opuścił dobry humor. 
- Dzień dobry, skarbie - odpowiedziałam, siląc się na mniej zmartwiony ton - Dobrze, dziękuje. Gdzie reszta?
- Emmet z Rosalie wstąpili po drodze do supermarketu, a Jasper pojechał do... - nie dokończyła, bo upuściła torbę, w której nosiła książki. Nie podniosła jej, bo miała wizje.
    Ocknęła się, spojrzała na mnie oczami pełnymi grozy i powiedziała :
- Edward jest w Szwecji.
- Boże - krzyknęłam - Musimy tam lecieć i z nim porozmawiać!
    W wampirzym tempie pobiegłam do swojej sypialni i spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy dla mnie i Carlisle'a. Zeszłam na dól i zadzwoniłam do niego. Odebrał już po pierwszym sygnale.
- Halo? -zapytał mój ukochany.
- Kochanie, Alice miała wizję! Edward jest w Szwecji!
- Już, do was jadę - rzucił pospiesznie i się rozłączył się.
    Zostawiłam wiadomość reszcie dzieci, aby czekały w domu na wypadek, gdyby Edward się odezwał i nie robiły głupot.
    Niedługo później nadjechał Carlisle. Wsiadłyśmy z Alice w biegu do samochodu, przywitałam się z mężem i z piskiem opon ruszyliśmy na lotnisko. Jak dobrze, że moja chochlikowata córka zdążyła kupić bilety przez internet przed przyjazdem mojego "misia"!
    Po krótkiej podróży byliśmy na miejscu. Do odlotu naszego samolotu do Szwecji zostało zaledwie sześc minut. Musieliśmy się więc pospieszyć.
    Kiedy usadowiliśmy się już w maszynie, objęłam Carlisle'a i przyłożyłam twarz do kołnierzyka jego koszuli, ponieważ to miejsce było najbardziej przesiąknięte jego wonią. Ten zapach, mieszanka wanilii i piasku, połączona z nadmorską bryzą, pozwalał mi choć na chwilę zapomnieć, gdzie się znajdujemy i co robimy. Zamknęłam oczy. Dla takich chwil warto żyć - pomyślałam.
    Po kilku godzinach wdychania usłyszałam w końcu głos stewardessy proszący o zajęcie miejsc, gdyż podchodzimy do lądowania. Oderwałam się od mojego skarba i usadowiłam wygodniej w fotelu. Nadal jednak trzymaliśmy się za ręce. Dopiero teraz zauważyłam, co robi Alice. Moja najmniejsza córka malowała coś zawzięcie na serwetce. Odchyliła lekko głowę, abym zobaczyła jej rysunek. Znajdowała się na nim cała nasza rodzina, którą moja mała malarka przedstawiła na tle ciemnego lasu, co dało świetny kontrast z ubraniami. Wszyscy trzymaliśmy się za ręce, a na każdej twarzy widniał szeroki, szczery uśmiech.
- Alice, to jest prześliczne - szepnęłam wzruszona. Pokazałam obrazek Carlisle'owi,który powiedział:
- Jej, cała nasza rodzina, razem. Masz talent skarbie.
    W końcu, wylądowaliśmy. Po wyjściu z samolotu szybko udaliśmy się po nasze bagaże i opuściliśmy lotnisko w wynajętym samochodzie. Spojrzałam na zegarek. Do północy została godzina. Zastanawiałam się, gdzie teraz podziewa się Edward. Mam nadzieję, że jest bezpieczny. Ach, wiele dałabym, żeby go teraz zobaczyć. Wiem, że nie łatwo będzie znaleźć mojego syna, ale wspólnie sprostamy temu wyzwaniu od losu. 
    Po zameldowaniu w hotelu, weszliśmy do przydzielonej nam kwatery. Alice z hukiem opadła na łózko i zamknęła oczy, a Carlisle, który nosił wszystkie nasze bagaże, postawił je obok szafy i spokojnie usiadł w fotelu. Ja natomiast  podeszłam do jednej z toreb i wyjęłam moją ulubioną, czarną sukienkę z dekoltem w kształcie litery "v", całą w białe groszki, i podreptałam wolniutko do toalety, aby się odświeżyć i przebrać. Kiedy wróciłam, Alice siedziała po turecku bez ruchu patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. Nawiedziła ją wizja. Oby dotyczyła Edwarda! Carlisle usadowił się obok niej i patrzył na nią wyczekująco swoimi miodowymi oczętami. Wreszcie, chochlik poruszył się i powiedział:
- Wiem, gdzie jest Edward!
- Gdzie?- krzyknęliśmy chórem z Carlisle'm.
- Widzę go, siedzi na drzewie, wysokim drzewie, to las, ogromny, w dolinie rzeki! 
- Wiem, gdzie to - rzucił Carlisle - ubierzcie się ciepło - wstał i narzucił mi na ramiona czarny płaszcz, Alice zaś podał krótkie futerko sięgające do połowy ud. 
    Z powodu późnej pory wyskoczyliśmy oknem i w wampirzym tempie skierowaliśmy się do miejsca, w którym według Alice spotkamy Edwarda. 
    

4 komentarze:

  1. Ciekawy rozdział ale krótki. ;( Mam nadzieję, że następny pojawi się już niedługo! U mnie niestety będzie za dwa dni, bo koleżanka u mnie nocuje, więc nie będę przy niej chyba pisać, nie? ;d

    Pozdrawiam, Esme. ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo mi się spodobało, będę tutaj zaglądać :)

    zapraszam do siebie

    OdpowiedzUsuń
  3. super :D trochę krótki, ale mam nadzieję, że niedługo będzie kolejny :P świetny blog, przeczytałam przed chwilą wszystkie notki xdd naprawdę mi się podoba, bardzo dobry pomysł :D ciekawe, co ugryzło tego edwarda, żeby esme popychać i w ogóle uciekać ;/ i gdzie jest bella? oni są razem, czy nie? :D

    TurboDymoHansmen xdd

    OdpowiedzUsuń

Czytam = komentuję.


Dziękuję za każdy komentarz, to wielka radość dla autora, gdy widzi, że jego praca jest doceniona.